Ładowanie

Małgorzata Wiśniewska-Wilk – Od cierpienia do wdzięczności: Moja droga przez chorobę i przeszczep

Po ciężkiej, przewlekłej chorobie oraz przeszczepie wątroby otrzymałam drugie życie i bardzo zależy mi na tym, aby w tym nowym życiu zrobić coś dobrego dla innych.

Do 2013 roku byłam bardzo szczęśliwą i spełnioną kobietą. Największą radość czerpałam z bycia mamą i dbania o męża oraz dzieci. Pewnego dnia poczułam wyjątkowo silny ból brzucha. Bóle nasilały się, a ja coraz bardziej słabłam, aż w końcu zdiagnozowano u mnie pierwotne stwardniające zapalenie dróg żółciowych (PSC). To rzadka, przewlekła choroba autoimmunologiczna wątroby, w której dochodzi do zastoju żółci w drogach żółciowych, a w konsekwencji do marskości i niewydolności wątroby. Nie ma na nią lekarstwa, więc od początku wiedziałam, że konieczny będzie przeszczep wątroby.

Szpital stał się na siedem lat niemalże moim drugim domem. Co trzy miesiące, pod pełną narkozą, przepychano mi drogi żółciowe za pomocą stentów i balonów. Po niemal każdym zabiegu miałam komplikacje, takie jak zapalenie trzustki, dróg żółciowych czy sepsę. Cierpienie fizyczne było do zniesienia, ale najbardziej bałam się, że umrę, zanim moje dzieci staną się samodzielne. W Niemczech, gdzie mieszkaliśmy, nie mieliśmy rodziny, z którą utrzymywalibyśmy bliski kontakt.

W 2019 roku stan mojej wątroby pogorszył się do marskości, a ja trafiłam na przyspieszoną listę oczekujących na przeszczep. W tym czasie w domu chodziłam z wiaderkiem, ponieważ ciągle wymiotowałam żółcią i byłam coraz słabsza. 15 grudnia otrzymałam telefon z informacją, że jest dla mnie organ. Pożegnałam się z rodziną i pojechałam do szpitala. Tam przeszłam wielogodzinne badania, aż w końcu znalazłam się w sali przedoperacyjnej. Leżałam nago na stole operacyjnym i przez uchylone drzwi obserwowałam przygotowania do przeszczepu. Armia lekarzy i pielęgniarek przygotowywała narzędzia i urządzenia potrzebne do tej skomplikowanej, wielogodzinnej operacji. Czekaliśmy na wątrobę, która była transportowana z Węgier.

Nagle pojawił się mężczyzna z pojemnikiem, w którym znajdowała się wątroba. Lekarze dokładnie obejrzeli organ, podeszli do mnie kilka razy, dotykając moje ciało. Po chwili powiedzieli: „Pani jest za drobna do tego organu. Proszę wrócić do domu”. Miesiąc później historia się powtórzyła. Dopiero za trzecim razem wątroba pasowała i dziesięciogodzinna operacja zakończyła się sukcesem.

Obudziłam się wiele godzin po przeszczepie. Spojrzałam na zegarek – była godzina 16:10. Pomyślałam: „O, ja żyję. Teraz muszę zrobić w życiu coś dobrego”. Choroba nauczyła mnie pokory i uświadomiła mi, że życie w każdej chwili może się skończyć.

Usunęłam chirurgicznie bliznę po przeszczepie, a na moim brzuchu pojawił się bardzo kobiecy tatuaż. Tamten czas był tak traumatyczny, smutny i bolesny, że nie chcę, aby przypominał mi się za każdym razem, gdy stoję przed lustrem. Dostałam drugie życie i czuję, że muszę spłacić dług wdzięczności za organ, który otrzymałam. Doceniam każdy nowy dzień, który mogę przeżyć.

Małgorzata Wiśniewska-Wilk

Share this content: