Kolejna przerażająca relacja byłego pracownika Schroniska w Bytomiu
Były pracownik przerywa milczenie. „To nie są plotki. To są fakty”
Przez wiele miesięcy milczał. Nie dlatego, że nie widział nieprawidłowości. Nie dlatego, że nie cierpiał, patrząc na to, co działo się ze zwierzętami. Milczał, bo bał się uproszczeń, hejtu i wrzucenia wszystkich pracowników do jednego worka. Dziś mówi wprost: dłużej nie może.
Kamil Fudal pracował w schronisku w Bytomiu w 2023 roku – od lipca do końca grudnia – jako opiekun zwierząt oraz kierowca interwencyjny. To, co opisuje, to jego osobiste doświadczenia. Nie „opowieści z drugiej ręki”, nie plotki, nie domysły. Sytuacje, w których uczestniczył lub które obserwował z bliska.
Jak podkreśla, jego decyzja o zabraniu głosu nie jest atakiem na pojedynczych ludzi. Jest próbą pokazania systemowych problemów, które – jego zdaniem – prowadzą do cierpienia zwierząt.
Pies, który miał zostać uśpiony „od razu”
Jednym z pierwszych wstrząsających wydarzeń była sytuacja z psem o imieniu Murzynek. Zwierzę znalezione po nieudanej eutanazji miało zostać uśpione niemal natychmiast po odnalezieniu. Bez dłuższej obserwacji, bez pełnej diagnostyki, bez realnej próby leczenia.
Decyzja była szybka i realna. Do eutanazji nie doszło tylko dlatego, że jeden z pracowników stanowczo się sprzeciwił, jasno deklarując konsekwencje prawne i służbowe.
Dla Kamila Fudala był to moment przełomowy – dowód na to, że w takich miejscach często nie system chroni zwierzęta, ale odwaga pojedynczych ludzi.
Interwencje tylko „po martwe”
Jako kierowca interwencyjny realizował zgłoszenia dotyczące odbioru zwierząt – żywych lub martwych, w zależności od gminy. W teorii proste zadanie. W praktyce – jak relacjonuje – brutalne zderzenie etyki z finansami.
Kot, który żył „niezgodnie z umową”
Został wysłany po martwego kota. Na miejscu okazało się, że zwierzę żyje. Bez wahania zawiózł je do lecznicy, by otrzymało natychmiastową pomoc.
Następnego dnia został wezwany na rozmowę. Usłyszał, że choć intencje były dobre, schronisko nie dostanie pieniędzy za interwencję, bo dotyczyła żywego zwierzęcia. W przyszłości miał „zostawić zwierzę i zadzwonić po odpowiednie służby”.
Sarna, która mrugnęła
Podobna sytuacja wydarzyła się przy odbiorze martwej sarny. Już w schronisku zauważył, że zwierzę żyje. Natychmiast zawiózł je do ośrodka dla dzikich zwierząt.
Interwencja znów została uznana za błąd, a wynagrodzenie mu nie przysługiwało. Powód? Dzikimi zwierzętami formalnie zajmował się prywatny podmiot powiązany personalnie z kierownictwem.
Dla autora relacji był to moment, w którym procedury finansowe całkowicie przysłoniły ratowanie życia.
Podwójne standardy odpowiedzialności
W tym samym czasie był świadkiem sytuacji, w której wieloletni pracownik schroniska potrącił dwa wolno żyjące koty przed placówką. Jeden zginął na miejscu. Drugi był ciężko ranny.
Zamiast natychmiastowej pomocy weterynaryjnej, ranny kot został zamknięty w klatce „na noc”. Dopiero następnego dnia rano, podczas zmiany Kamila Fudala, trafił do lecznicy.
Ten sam pracownik był później odpowiedzialny za kota, którego zdjęcia w skrajnie złym stanie krążyły w internecie. Nie poniósł żadnych konsekwencji służbowych.
Zestawienie tych sytuacji – karanie za ratowanie życia i brak reakcji na realne zaniedbania – autor zapamiętał szczególnie mocno.
Kocięta, które masowo umierały
Najbardziej obciążającym emocjonalnie aspektem pracy była sytuacja najmłodszych kotów. Z obserwacji Kamila Fudala wynika, że śmiertelność kociąt do około trzeciego miesiąca życia sięgała nawet 80–90 procent – również wśród zwierząt trafiających do schroniska jako pozornie zdrowe.
Jednym z najbardziej wstrząsających przypadków było siedem młodych, zdrowych kociąt odebranych z jednego domu. Wszystkie zmarły w ciągu dwóch–trzech tygodni.
Autor relacji podkreśla, że nie postrzega tego jako efektu złej woli pojedynczych pracowników, lecz jako rezultat złego zarządzania, braku jasnych procedur sanitarnych, przeciążenia systemu i niewystarczającego nadzoru.
Karmiciele – niewidzialni sojusznicy zwierząt
Na terenie schroniska regularnie pojawiali się karmiciele – ludzie, którzy z własnych pieniędzy i po pracy dokarmiali wolno żyjące koty. Ich zaangażowanie było ogromne.
Z relacji wynika, że nikt z kierownictwa nigdy z nimi nie porozmawiał ani nie podziękował. Bywali określani jako „problematyczni”, bo zgłaszali chore zwierzęta. Tymczasem opieka schroniska często ograniczała się do suchej karmy i wody, a realna pomoc pojawiała się głównie z inicjatywy pojedynczych pracowników.
Pytania o przejrzystość i nadzór
Były pracownik zwraca też uwagę na brak transparentności organizacyjnej i finansowej. Wątpliwości budziły interwencje realizowane na rzecz prywatnych podmiotów powiązanych personalnie oraz wykorzystywanie pracowników do zadań niezwiązanych bezpośrednio z działalnością schroniska.
W jego ocenie odpowiedzialność za sytuację ponoszą nie tylko władze schroniska, ale także urząd miasta oraz powiatowy inspektorat weterynaryjny – głównie przez brak jasnych, spójnych zasad zarządzania.
„Nie piszę tego, by atakować”
Kamil Fudal podkreśla, że nie chodzi mu o personalne ataki.
Pisze, bo – jak zaznacza – dobro zwierząt wymaga systemowych rozwiązań, jasnych zasad i realnej odpowiedzialności. Apeluje również o unikanie hejtu wobec pracowników schroniska, przypominając, że są to także ludzie z rodzinami i własnymi problemami.
PONIŻEJ PREZENTUJEMY CAŁY TEKST PANA KAMILA
Przez długi czas nie zabierałem głosu, mimo że nosiłem w sobie potrzebę powiedzenia tego, co widziałem.
Pracując w schronisku w Bytomiu w 2023 roku (od lipca do końca grudnia) jako opiekun zwierząt i kierowca interwencyjny, byłem świadkiem wielu sytuacji, które do dziś wracają do mnie myślami. Powstrzymywał mnie strach przed uproszczeniami, hejtem i wrzuceniem wszystkich do jednego worka. Jednak w obliczu ostatnich wydarzeń uznałem, że milczenie nie służy ani zwierzętom, ani ludziom, którzy naprawdę chcą zmian.
To, co opisuję poniżej, to moje osobiste doświadczenia. Nie plotki, nie domysły, nie „zasłyszane historie”. Fakty, w których uczestniczyłem lub które obserwowałem z bliska.
Sytuacja z Murzynkiem – decyzje podejmowane zbyt szybko
Na samym początku chcę potwierdzić jedną z informacji, które pojawiły się publicznie. Byłem świadkiem sytuacji, w której pies znaleziony po eutanazji miał zostać uśpiony praktycznie od razu po odnalezieniu.
Nie było mowy o dłuższej obserwacji, pełnej diagnostyce czy próbie leczenia. Decyzja była szybka i realna. Do eutanazji nie doszło wyłącznie dlatego, że jeden z pracowników stanowczo się temu sprzeciwił, jasno deklarując konsekwencje służbowe i prawne.
Ten moment bardzo mocno pokazał mi, jak wiele w takich miejscach zależy nie od systemu, a od jednostkowego sprzeciwu konkretnych ludzi.
Interwencje „tylko po martwe”
Jako kierowca interwencyjny realizowałem zgłoszenia dotyczące odbioru żywych oraz padłych zwierząt (w zależności od gminy). W teorii sprawa prosta – w praktyce nie zawsze.
Pierwsza sytuacja – kot
Zostałem wysłany po martwego kota. Na miejscu okazało się, że zwierzę żyje. Bez wahania zawiozłem je do najbliższej lecznicy, gdzie mógł otrzymać natychmiastową pomoc.
Następnego dnia zostałem wezwany na rozmowę i poinformowany, że choć „intencje były dobre”, to schronisko nie otrzyma zapłaty za interwencję, ponieważ dotyczyła żywego zwierzęcia. Usłyszałem też, że w przyszłości powinienem „zostawić zwierzę i zadzwonić po odpowiednie służby”.
Druga sytuacja – sarna
Analogiczna sytuacja miała miejsce podczas odbioru martwej sarny. Podczas wyciągania zwierzęcia z pojemnika już w schronisku zauważyłem, że mruga. Natychmiast zawiozłem ją do ośrodka dla dzikich zwierząt.
Również w tym przypadku interwencja została uznana za „błąd”, a wynagrodzenie mi nie przysługiwało, ponieważ dzikimi zwierzętami formalnie zajmowała się firma powiązana personalnie z kierownictwem.
Podwójne standardy odpowiedzialności
W tym samym okresie byłem świadkiem sytuacji, w której inny pracownik potrącił dwa koty wolno żyjące przed schroniskiem. Jeden zginął na miejscu, drugi był ciężko ranny. Zamiast natychmiastowej wizyty u weterynarza, kot został zamknięty w klatce „na noc”. Dopiero następnego dnia rano, gdy przejmowałem zmianę, zawiozłem go do lecznicy.
Ten sam pracownik był odpowiedzialny za kota, którego zdjęcia w skrajnie złym stanie krążyły później w internecie.
Nie poniósł żadnych konsekwencji służbowych.
Kocięta – temat najtrudniejszy
Najbardziej obciążającym emocjonalnie aspektem mojej pracy była sytuacja najmłodszych kotów.
Z moich obserwacji wynika, że śmiertelność kociąt do około trzeciego miesiąca życia była skrajnie wysoka – sięgająca nawet 80–90 procent.
Jednym z najbardziej zapadających w pamięć przypadków było siedem młodych, zdrowych kociąt odebranych z jednego domu. Wszystkie zmarły w ciągu 2–3 tygodni pobytu.
Nie postrzegam tego jako efekt złej woli pojedynczych pracowników. Raczej jako rezultat złego zarządzania, braku jasnych procedur sanitarnych, przeciążenia systemu i niewystarczającego nadzoru.
Wolno żyjące koty i ludzie z wielkim sercem
Na terenie schroniska regularnie pojawiali się karmiciele – ludzie, którzy z własnych pieniędzy i po pracy karmili wolno żyjące koty.
Ich zaangażowanie było ogromne. Z mojej wiedzy wynika, że nikt z kierownictwa nigdy z nimi nie porozmawiał ani nie podziękował.
Tymczasem opieka ze strony schroniska często ograniczała się do suchej karmy i wody.
Organizacja i przejrzystość
Uważam, że instytucja realizująca zadania publiczne powinna cechować się pełną transparentnością organizacyjną i finansową.
Podsumowując, moim zdaniem odpowiedzialność za te nieprawidłowości ponoszą zarówno kierownictwo schroniska, jak i urząd miasta oraz powiatowy inspektorat weterynaryjny.
Nie piszę tego, by atakować konkretne osoby.
Piszę, bo dobro zwierząt wymaga systemowych rozwiązań, jasnych zasad i realnej odpowiedzialności.
Pamiętajmy, że osoby pracujące w schronisku to również ludzie. Zachęcam do powściągliwości w ocenach i unikania hejtu.

Fot. UM Bytom